INSTAGRAM

INSTAGRAM
INSTAGRAM

TRAVELS

TRAVELS
TRAVELS

OUTFITS

OUTFITS
OUTFITS

Czego nauczył mnie rok na emigracji w Australii?



Od mojego powrotu do Polski minął już prawie miesiąc i chociaż powoli przyzwyczajam się do nowej rzeczywistości, to nie ma dnia, żebym myślami nie wracała do życia w Australii. Często analizuję co się zmieniło w moim podejściu do świata, co dała mi emigracja i przede wszystkim czy warto było wyjechać na drugi koniec świata. 


Kiedy przed wylotem rozmawiałam z koleżanką z Polski, która mieszka w Melbourne, zapytałam czego nauczyła ją emigracja. Kaśka bez chwili zastanowienia odpowiedziała:
„Kochana…wiesz czego? Życia…Taką szkołę życia, jaką zafundowała mi Australia to nie dostarczyły mi nawet studia i praca w korpo razem wzięte. Najśmieszniejsze jest to, że ludziom się wydaje, że jak wyjedziesz do miejsca, w którym pieniążki spływają na konto w dolarach, to nagle świat stanie przed tobą otworem. Dopiero później okazuje się, że tym otworem jest...dupa”.

Do Australii przyleciałam w czerwcu tamtego roku. Nie znałam tu absolutnie nikogo, nie miałam żadnej pracy ani mieszkania. Jedyne co posiadałam to roczna wiza work and holiday i wiara w to, że musi się udać. 

Bardzo szybko okazało się, że moja pewność siebie, trzy dyplomy i trzy lata pracy w zarządzaniu projektami IT znaczą tu tyle, co nic. A szczęśliwców, którzy przyjechali na wizie work and holiday są tysiące. Już w pierwszym tygodniu zorientowałam się, że niemalże jedyny sektor, w którym zatrudniane są osoby na mojej wizie to tzw. hospitality, czyli praca w hotelach, restauracjach, kawiarniach i szeroko pojętej turystyce. Nie przewidziałam jeszcze jednej rzeczy. O zatrudnienie było znacznie ciężej, bo czerwiec w Brisbane i Melbourne to sezon zimowy i turystyka jest niemalże wymarła. 

Kiedy już prawie straciłam nadzieję, przez przypadek dostałam pracę w Melbourne (więcej przeczytacie tutaj). Chociaż, jak się później okazało, było to jedno z moich najgorszych doświadczeń ostatniego roku. Menadżer restauracji, w której pracowałam, był tyranem. Przesiadywał tam całymi dniami, uwielbiał kontrolować wszystko i wszystkich. Czepiał się najmniejszych szczegółów i wpływał negatywnie na psychikę każdego pracownika. Ludzie przychodzili i odchodzili z tego miejsca w takim tempie, że nawet nie nadążałam zapamiętywać nowych imion. Byłam tak zmęczona tą sytuacją, że już po kilku tygodniach, postanowiłam poszukać nowej pracy. Chwilę później dostałam sms informujący, że nie zostaję uwzględniona w grafiku na przyszły tydzień. Takim sposobem, pierwszy raz w życiu, zostałam zwolniona. W sumie do tej pory nie wiem z jakiego powodu.

Mój rok na emigracji przypominał poniekąd jazdę bez trzymanki. Czasem było super, czasem wiatr sypnął piach w oczy, czasem trzeba było leczyć rany po upadku. Jednak ani przez chwilę nie żałowałam tej decyzji i jestem wdzięczna za kilka życiowych lekcji, które wyniosłam z tego wyjazdu. 





Lekcja pokory 

To, że nie dostanę stanowiska project menedżera w Australii było pewne. Jednak mocno wierzyłam w to, że znajdzie się chociaż jedna firma, która zatrudni mnie na stanowisku juniora albo stażysty. Na rozmowach kwalifikacyjnych wszystko szło po mojej myśli do momentu, kiedy padały pytania o wizę. Słowa „work and holiday” brzmiały jak wyrok. Musiałam schować dumę i plany powrotu do korporacji. 

Kiedy w lipcu tamtego roku zaczęłam pracować jako baristka w Melbourne, byłam wściekła. Czułam się, jakbym zatoczyła koło i znów miała 18 lat, żadnego doświadczenia i wykształcenia. Z czasem jednak bardzo polubiłam tę pracę. Miałam stałych klientów, którzy codziennie witali mnie serdecznym uśmiechem. Dokładnie wiedziałam po jaką kawę przyszli, znałam ich imiona, problemy, plany na wakacje. Wiem, że dla nich nie byłam tylko dziewczyną robiącą kawę, ale osobą, do której zawsze mogą przyjść i porozmawiać. Poza tym praca w kawiarni miała jeszcze jeden plus - ciągle coś się działo. W przeciwieństwie do pracy w biurze, byłam w nieustannym ruchu, co zdecydowanie bardziej pasuje do mojej niespokojnej natury.


Weryfikacji celów życiowych 

To zupełnie naturalne, że nasze potrzeby i cele życiowe ulegają zmianie. Kilka lat temu moim marzeniem była kariera w korporacji, która okazała się być zupełnie inna niż sobie wyobrażałam. 
Pamiętam, kiedy załamana zadzwoniłam do mojej przyjaciółki żaląc się, że nie mogę znaleźć pracy biurowej w Australii. Zapytała, czy to jest rzeczywiście coś, co chce robić przez kolejny miesiąc, rok, lata… Odpowiedź była oczywista i pokazała mi, że zamiast bezcelowo wysyłać kilkadziesiąt CV dziennie, powinnam skupić się na rozwijaniu pasji, jaką jest fotografia. Czasami ciężko przebić się przez swoje własne ego i oczekiwania innych ludzi, żeby usłyszeć ten właściwy głos, ale naprawdę warto. 

"Nie pytaj czego świat potrzebuje. Pytaj o to, co sprawia, że chce ci się żyć i właśnie tym się zajmuj."

Radzenia sobie, w kryzysowych sytuacjach 

W Australii przeżyłam tyle mniejszych i większych kryzysów, że chyba nic mnie już nie zaskoczy. Bo jak inaczej niż kryzys nazwiesz sytuację, w której jesteś tysiące kilometrów od domu, nie możesz znaleźć pracy, a Twoje oszczędności topnieją w tempie ekspresowym. Albo kiedy okaże się, że twoja nowa współlokatorka, nota bene Polka, już pierwszego dnia po przeprowadzce nazwie cię, ni stąd, ni zowąd, tanią ścierwą. Albo kiedy twój chłopak Australijczyk, który miał być już tym jedynym, zapadnie się pod ziemię i już nigdy nie usłyszysz o nim żadnych wieści. Albo kiedy przeprowadzisz się na drugi koniec Australii i za kilka dni pojawią się takie ulewy, jakich Queensland nie widziało ponad 100 lat. Albo kiedy taksówkarz zawiezie cię na lotnisko w Melbourne i nagle okaże się, że są tam dwa lotniska, a ty jesteś na tym niewłaściwym. 

Teraz śmieje się z tych wszystkich sytuacji, ale uwierzcie mi, że wtedy wydawało mi się, że za moment runie mi cały świat. 

Kiedy po powrocie do Niemiec zgubiono mi bagaż ze wszystkimi ubraniami, kosmetykami, biżuterią i pamiątkami, mogłam wpaść w panikę i obwiniać wszystkich dookoła za to, co zaszło. Zamiast tego wzięłam głęboki oddech i ze spokojem zrobiłam co w mojej mocy. A bagaż szczęśliwie odnalazł się po kilku dniach.

Lekcja latte art 

Australijczycy żartują, że z kranów w Melbourne płynie sojowe latte i zapewne jest w tym odrobina prawdy ;) Melbourne uchodzi za australijską stolicę kawy i tamtejsze kawiarnie prześcigają się w serwowaniu jak najlepszej kawy. Właściciele przywiązują ogromną wagę do bogatego wyboru mlek roślinnych, syropów smakowych, a przede wszystkim do najlepszych baristów. Ja, mimo że do najlepszych nie należę, spokojnie jestem w stanie rozpoznać smak dobrej kawy i zrobić podstawowe latte art w postaci serduszka. Od czasu do czasu, wyjdzie nawet rozeta ;)

                                                                                     ***



O emigracji wciąż wiem niewiele, ale zapytana czy wyjechałabym ponownie, z pewnością odpowiedziałabym - tak. Mimo, że nie zawsze było kolorowo to jestem ogromnie wdzięczna za te piękne i trudne życiowe lekcje, który przyniósł ostatni rok. Uważam, że warto dać się ponieść emigracyjnej fali i zobaczyć, gdzie cię zaprowadzi. 

Ja ponad rok temu miałam w planach dostanie pracy w korporacji. Do Polski przyleciałam z portfolio fotograficznym wypchanym po brzegi zdjęciami ze ślubów, sesji narzeczeńskich i modowych czyli jak zwykle wszystko poszło zgodnie z planem ;)




Brak komentarzy