INSTAGRAM

INSTAGRAM
INSTAGRAM

TRAVELS

TRAVELS
TRAVELS

OUTFITS

OUTFITS
OUTFITS

Czysta karta



Gold Coast powoli budzi się do życia. Nad oceanem pojawiają się pierwsze promienia słońca, które dotykają powierzchni wody, sprawiając, że nabiera ona nieco złotawego odcienia. Siedzę na zupełnie wyludnionej plaży i czuję charakterystyczne ciepło. Zastanawiam się czy dochodzi z zewnątrz, czy to moje serce, w przypływie radości i podekscytowania, uwalnia tyle energii.


Czy to już?

Wracam myślami do poprzedniego roku i momentów, które sprawiły, że znalazłam się dziś w tym a nie innym miejscu. Do nieprzespanych nocy, bieganin po urzędach, prawnikach, tłumaczach. Przygotowań do egzaminu z angielskiego, wysyłania dokumentów do ambasady w Berlinie. Ale przede wszystkim do osób, które wspierały mnie w realizacji tego pomysłu, mimo, że szanse były tak niewielkie.

Powoli dociera do mnie fakt, że tu jestem. W końcu dotarłam do miejsca, które widziałam setki razy na fotografiach i filmach. Do kraju, który śnił mi się po nocach i którego krajobrazy miałam przed oczyma przez ostatnie miesiące.

Jestem w Australii.

Właśnie spełniło się moje największe marzenie. A ja chyba nie do końca jestem tego świadoma. Miliony myśli kłębią się w mojej głowie. Z jednej strony czuję ogromną radość i satysfakcję, bo przecież tyle miesięcy czekałam na ten moment, z drugiej strony, bez żadnego przyzwolenia, wdziera się do mojego umysłu niepokój. Podpowiada, że najtrudniejsza część dopiero przede mną. Poszukiwania pracy, mieszkania, zaaklimatyzowanie się w innym środowisku, zawieranie nowych znajomości. Usiłuję odgonić tego intruza i skupić się tylko na pozytywnych aspektach mojej sytuacji.

I kiedy wreszcie spoglądam na siebie w łagodniejszym zwierciadle, widzę, że bez względu na to co przyniesie przyszłość, najważniejsze już się wydarzyło. Zrozumiałam, że to nie przekroczenie granic Australii było najważniejsze, ale droga, którą przebyłam, żeby się tu znaleźć. To ona ukształtowała moją osobowość. Mimo, że wiła się po najciemniejszych przestworzach i nieraz podsuwała znaki sugerujące, że powinnam zawrócić - nie poddałam się. Brnęłam do przodu, bo wiedziałam, że o te trudne do zrealizowania marzenia trzeba walczyć jeszcze mocniej.


***

Na lotnisku w Gold Coast przy kontroli paszportów przywitał mnie sympatyczny Australijczyk, którego włosy były już nieco przyprószone siwym pyłem. Spojrzał na mój paszport, na mnie, na paszport, znów na mnie i na paszport. Zastanawiał się pewnie czy ta groźnie wyglądająca kobieta na paszportowym zdjęciu, to rzeczywiście ja.

- Work & Holiday visa? – zapytał.
- Yes, sir. – odpowiedziałam darząc go najserdeczniejszym uśmiechem jakim potrafiłam.
- Welcome to Australia. Make yourself at home!
Od razu zrobiło mi się cieplej na sercu.

Czysta karta.
365 dni.
Czas start!




Brak komentarzy