INSTAGRAM

INSTAGRAM
INSTAGRAM

TRAVELS

TRAVELS
TRAVELS

OUTFITS

OUTFITS
OUTFITS

Życie nie kończy się na maturze


Przyglądam się tegorocznym maturzystom i wspominam, co czułam 8 lat temu, kiedy czekałam przed salą gimnastyczną na usadzenie w odpowiedniej ławce. Byłam zdenerwowana i przerażona. Przez trzy lata wszyscy powtarzali, że matura to najważniejszy egzamin w życiu.

Poprzedzały go miesiące nauki, wyrzeczeń i nieprzespanych nocy. Biorąc pod uwagę fakt, że chodziłam do jednego z najlepszych liceów w województwie, wymagania i presja były jeszcze większe. Ale miały zagwarantować dostanie się na wymarzone studia. Już pierwsze tygodnie w szkole wspominam niezbyt miło, a z każdym miesiącem było coraz gorzej. Ogromne oczekiwania i stres towarzyszyły mi na każdym kroku. W końcu szczerze znienawidziłam to miejsce. Nie znałam w klasie niemalże nikogo, a większość moich rocznikowych rówieśników była rozpieszczonymi dziećmi bardzo bogatych rodziców.

Znaczna część nauczycieli nie potrafiła przekazać wiedzy albo była wypalona długoletnim nauczaniem. Byli też tacy, którzy uważali, że ich przedmiot jest najważniejszy i nawet jeśli nie deklarowaliśmy jego zdawania na maturze, nie odpuszczali nawet na chwilę. Najgorzej wspominam lekcje fizyki, na których nauczycielka ciągle powtarzała jaka jestem beznadziejna i że się do niczego nie nadaję. Teraz takie słowa puściłabym w niepamięć, ale wtedy tak utkwiły w mojej głowie, że zaczęłam w nie wierzyć.

Chodziłam do klasy o profilu biologiczno-fizyczno-chemicznym, a na maturze zdawałam rozszerzoną biologię, chemię i angielski, co otwierało furtkę do medycznych i technicznych kierunków. Przygotowania szły mi całkiem nieźle do momentu, w którym zrozumiałam, że w maturze zupełnie nie chodzi o moją wiedzę czy umiejętności. Tu liczył się KLUCZ. Możesz wkuć na pamięć kilka podręczników, nauczyć się pisać piękne opowiadania, mieć wszystkie definicje i wzory w jednym palcu, ale jeśli nie trafisz w klucz, to koniec. Taki system oceniania jest moim zdaniem totalną głupotą. Nie uczy logicznego rozwiązywania problemów czy kreatywnego podejścia, ale skupia się na szablonowości i przeciętności.

Poza tym decydowanie w wieku 18 lat o swojej przyszłości jest tak samo śmieszne, co przerażające. Świadczy o tym fakt, że złożyłam moje papiery m.in. na stomatologię, mimo iż nie cierpię chodzić do dentysty, a na widok krwi robi mi się słabo.

***

Od mojej matury minęło równo 8 lat. Liceum skończyłam z wyróżnieniem, dostałam się na studia, w czasie których nawet udało mi się dostać stypendium rektora i Unii Europejskiej. Obroniłam tytuł magistra inżyniera, chociaż nauczycielka od fizyki twierdziła, że prędzej jej kaktus wyrośnie na ręce, niż ja skończę AGH.

Czy matura rzeczywiście była najważniejszym egzaminem w życiu?

Nie wydaje mi się. Może sporo od niej zależy, ale z perspektywy czasu widzę, że to tylko furtka do jakiejś drogi. A tak naprawdę furtek i dróg jest wiele. Dokładnie pamiętam moment, w którym powtarzano mi jak mantrę, że liceum to sielanka. Na studiach to dopiero będzie… Kolokwia, egzaminy, sesje. Później straszono, że po studiach zacznie się prawdziwe życie. Praca, problemy, szara rzeczywistość. Tymczasem większość czarnych scenariuszy się nie sprawdziła. Każdy ze wspomnianych etapów był niesamowitą przygodą, którą witałam z otwartymi ramionami i czerpałam z niego jak najwięcej.

Za miesiąc podejdę do kolejnego życiowego „egzaminu”, tym razem na nowym kontynencie. I chociaż znów słyszę demotywujące komentarze jak w przeszłości, to nie daję się im zwieść. Bo bez względu na to co mówią inni, to od nas samych zależy, jak będziemy patrzeć na swoją przyszłość.

A teraz widzę, że matura była tylko rozgrzewką przed życiowym maratonem.

Brak komentarzy