INSTAGRAM

INSTAGRAM
INSTAGRAM

TRAVELS

TRAVELS
TRAVELS

OUTFITS

OUTFITS
OUTFITS

Za czym tęskniłam w Azji?



Jest wiele osób, rzeczy, sytuacji, za którymi tęskniłam będąc w Azji. Rodzina, przyjaciele, msze po polsku, zapach świeżo upieczonego chleba. Chyba dopiero na drugim końcu świata człowiek uświadamia sobie jak wiele posiada i zaczyna dostrzegać szczegóły, które z pozoru zwyczajne, nadają naszemu życiu sens i określony rytm. 

Dopiero po powrocie z Azji doceniłam fakt, że każdego dnia mogłam położyć się wygodnie w swoim łóżku. 
Wziąć ciepły prysznic.
Pójść do piekarni i kupić chleb, na jaki mam ochotę, a nie wszechobecny w Azji chleb tostowy.
Włączyć laptopa i mieć pewność, że Internet będzie działał i nawet uda mi się coś wysłać.
Wejść do restauracji i zrozumieć każde słowo w menu.
Zadzwonić do przyjaciółki o północy.
Zjeść jogurt naturalny bez cukru.
Kupić krem do twarzy, który nie jest wybielający.
Napić się kawy z ulubionego kubka.
Zrobić makijaż, który nie spłynie po kilku minutach od fali gorąca i wilgotności.
Przejść się po Parku Jordana.
Włożyć ulubione dżinsy.
Pojechać do centrum z jedną małą torebką, a nie 20-kilogramowym plecakiem.
Kupić kwiaty na lokalnym targu.
Chodzić znanymi od lat ulicami.
Mijać te same budynki, twarze.

Wyjazd do Azji pokazał mi jeszcze jedną, dość zaskakującą rzecz. Że bardzo tęskniłam za… RUTYNĄ. Tą samą rutyną, której tak unikałam w Polsce. Nie tylko ja, wszyscy jej unikamy. Nie chcemy, żeby wdarła się do naszego życia, pracy, związku. Rutyna niemalże zawsze ma wydźwięk pejoratywny.

Ostatnie miesiące nauczyły mnie jednak, że dobrze jest mieć elementy, które powtarzają się codziennie, to one w pewien sposób łączą nas z otaczającym światem. Miło jest wracać do tych samych miejsc, siadać w tym samym fotelu, pić kawę w ulubionej kawiarni, zrobić ulubiony trening, czytać piąty raz tę samą książkę, po raz setny pójść do tego samego kościoła.

Kiedy wyjeżdżałam z Polski, rozstałam się z codzienną rutyną, ale w jej miejscu pojawiło się coś gorszego - absolutny chaos. Z osoby, która była względnie dobrze zorganizowana i potrafiła robić milion rzeczy na raz, stałam się mistrzynią nieładu i tracenia czasu. Początkowo tłumaczyłam to sobie faktem, że jestem w podróży, więc czas mija inaczej. Dawałam sobie przyzwolenie na przeglądanie godzinami Instagrama, odpisywanie na dziesiątki wiadomości czy rozmowy, które i tak nie za wiele wnosiły do mojego życia. Zaczynałam dzień chaotycznie, przez co nie znajdowałam czasu na czytanie książek, pisanie, trening czy odpowiednią ilość snu.

Kluczem do sukcesu okazało się znalezienie stałych elementów dnia, które towarzyszyły mi bez względu na to, w jakim miejscu przebywałam. Wypracowanie planu dnia pozwoliło mi na lepszą organizację czasu, większy komfort psychiczny oraz zbudowanie więzi z danym miejscem. Wiedząc gdzie będę kolejnego dnia, kiedy będę pracować, a kiedy poświęcę się tylko błogiej przyjemności ograniczyło liczbę podejmowanych decyzji. I przede wszystkim sprawiło, że czułam większy komfort psychiczny.

Utrzymanie planu dnia w podróży nie było jednak takie proste i znacznie różniło się od zwyczajnej prozy życia. Ciężej było mi się zorganizować, bo każdy dzień wyglądał inaczej, a po drodze często pojawiały się zdarzenia, których nie dało się zaplanować. W pewnym momencie pojawił się też kolejny problem. Jako że pierwszy raz od dawna znalazłam się w sytuacji, w której w pełni mogłam decydować o swoim czasie, zaczęłam mieć wobec siebie coraz większe oczekiwania i nakładałam na siebie coraz więcej pracy. Wkrótce moja rutyna przeobraziła się w codzienną gonitwę, a ja zamiast cieszyć się podróżą i korzystać z niej w stu procentach, wpadłam w sidła niezadowolenia.

Kilka dni później natrafiłam w sieci na cytat nieżyjącego już prof. Wiktora Osiatyńskiego:

(…) Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i narzucać planów, którym nie można sprostać. Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i swoje własne uczucia. Poświęcać się temu co sprawia przyjemność. Ja zapisuję rano, co mam zrobić. A chwilę potem skreślam połowę. To bardzo ważne, by siebie samego nie nastawiać na dzień czy na całe życie tak ambitnie, że niepowodzenie będzie nieuniknione. Jeśli człowiek chce za dużo osiągnąć, zaplanować, zrealizować, to jest stale z siebie niezadowolony. A może po to, by być z siebie zadowolonym, wystarczy robić rzeczy, które są potrzebne, godziwe, warte, dobre, bez wymagania od siebie więcej, niż można osiągnąć.

Po przeczytaniu tych kilku zdań poczułam prawdziwą ulgę. Jakbym za dotknięciem zaczarowanej różdżki znalazła rozwiązanie na moje problemy.

Rzeczywiście postanowiłam skreślić z listy „things to do” połowę rzeczy. Przez co może nie publikowałam zbyt często na blogu, nie przyjmowałam zleceń na kolejne teksty, nie odpisywałam na wszystkie maile. Ale dzięki temu miałam poczucie, że w każdym miejscu, które odwiedzałam, byłam obecna na sto procent. I chyba o to w tym wszystkim chodziło.

Brak komentarzy