INSTAGRAM

INSTAGRAM
INSTAGRAM

TRAVELS

TRAVELS
TRAVELS

OUTFITS

OUTFITS
OUTFITS

8 nawyków, które wyrobiłam podróżując po Azji


Zauważyłam, że podczas podróży sporo się we mnie zmieniło. Zaczynając od postrzegania świata, ludzi, po proste nawyki z życia codziennego. W dzisiejszym wpisie, skupię się właśnie na tych ostatnich. Z części jestem bardzo zadowolona, z części się śmieje i jestem ciekawa, jakie nawyki przyniosą kolejne miesiące podróży.

1. Jem pałeczkami, łyżką i…rękoma

W Azji zupełnie odzwyczaiłam się od jedzenia widelcem i nożem. Głównie ze względu na to, że nie są tu powszechnie używane, a poza tym większość azjatyckich potraw po prostu wygodniej jeść pałeczkami i łyżką.

Ostatnio na przykład zostałam zaproszona przez moich znajomych z Wietnamu na kolację w bardzo ekskluzywnej restauracji w Halong i do krojenia kurczaka dostałam…nożyczki. Zauważyłam też, że większość gości w restauracji nawet nie używała pałeczek, tylko jadła rękoma. Naprawdę uwielbiam Azjatów za tą niezwykłą zdolność do ułatwiania sobie życia na każdym kroku. A siebie lubię za to, że tak szybko się od nich uczę ;)


2.  Zaczęłam ćwiczyć jogę i medytować

Moją przygodę z jogą zaczęłam jeszcze w Polsce, ale trwała jakieś 10 minut... Zajęcia były strasznie nudne i opierały się głównie na monologu prowadzącej. Byłam przekonana, że tak właśnie wyglądają wszystkie zajęcia jogi.

Przebywając w Laosie postanowiłam spróbować jeszcze raz. W hotelu, w którym mieszkałam, zajęcia prowadziła bardzo sympatyczna instruktorka ze Stanów, Anna. To ona sprawiła, że już po pierwszych zajęciach złapałam bakcyla. Na jogę przyszłam zmęczona i ospała, a po półtorej godziny zajęć, wyszłam jako nowa osoba. Byłam zrelaksowana, spokojna, przestała mnie boleć głowa i generalnie miałam dużo lepszy nastrój. Z Anną ćwiczyłam 3 razy w tygodniu przez 3 tygodnie, poznając najważniejsze pozycje i rodzaje jogi. Najbardziej przypadły mi do gustu Sivanada i Vinyasa. Od tamtej pory staram się ćwiczyć co najmniej 2-3 razy w tygodniu. Jeśli nie mam dostępu do zajęć grupowych to korzystam z aplikacji Down Dog albo z kanałów na YouTube.

Wraz z jogą do mojego planu dnia wprowadziłam też medytację, która pozwala mi się wyciszyć, oczyścić umysł z niepotrzebnych myśli i poprawia moją koncentrację w ciągu dnia. W zależności od tego, ile mam czasu, zazwyczaj korzystam z różnych programów w aplikacji Meditation.


3.  Czytam co najmniej 30 minut dziennie

Podróż totalnie uzależniła mnie od czytania. Zaraz przed wylotem z Polski kupiłam PocketBook-a, do którego przesłałam wszystkie książki, jakie miałam na komputerze. To miał być zapas na kolejne sześć miesięcy, ale wchłonęłam wszystko po jakiś dwóch :) Książki umilały mi długie oczekiwania na samoloty i autobusy, piękne zachody słońca na azjatyckich plażach, a teraz pomagają przetrwać chłodne poranki na północy Wietnamu.

W zeszłym tygodniu skończyłam czytać, chyba już po raz 10-ty, „Jedź, módl się i kochaj” oraz genialne poradniki Reginy Brett, do których wrócę pewnie jeszcze nie raz.

4.  Ograniczyłam jedzenie słodyczy

Z dwóch prostych powodów – nie smakują mi tutejsze słodycze i są stosunkowo drogie. Za cenę batona lub paczki ciastek, spokojnie mogę kupić ananasa, mango albo koktajl ze świeżych owoców, które nie dość, że są zdrowsze to smakują o niebo lepiej.


5.  Posiłek za więcej niż 10 zł uważam za drogi

Azja przyzwyczaiła mnie do tanich posiłków. Właściwie we wszystkich krajach, które do tej pory odwiedziłam, czyli w Tajlandii, Laosie i Wietnamie, można zjeść sycący posiłek za mniej niż 10 zł. W Tajlandii pad thai kosztuje ok. 6 zł. W Laosie zajadałam się pysznymi kanapkami, naleśnikami i spring rollsami za ok. 5 zł. A Wietnam to głównie noodles i bun cha, które można kupić za ok. 4-8zł

Od czasu do czasu, jem też w bardziej ekskluzywnych restauracjach, ale traktuję to raczej jako odpoczynek od azjatyckiej kuchni i zamawiam coś europejskiego. A później znów wracam na ulicę, bo wiem, że tutaj znajdę najlepsze azjatyckie jedzenie.


6.  Używam dziecinnie prostego angielskiego

„Hello”, „yes”, „no”, “Poland”,“bus”, “hostel”, „no milk”, „no sugar” to najczęściej używane przeze mnie wyrazy w Azji i czuję, że za parę tygodni chyba zapomnę, jak poprawnie posługiwać się angielskim. Nie od dziś wiadomo, że Azjaci bardzo słabo mówią po angielsku, więc skomplikowane zdania i wyszukane wyrazy, lepiej zostawić na inne okazje i kraje.


7.  Nie stresuję się

Bardzo często dostaję od Was pytania czy stresuje się w podróży. I ku mojemu zdziwieniu muszę odpowiedzieć, że nie. Nawet przed wylotem z Polski, wydawało mi się, że ta podróż będzie dość stresującym doświadczeniem. Bałam się, że nie odnajdę się w tej rzeczywistości, że nie będę potrafiła przemieszczać się z punktu A do punktu B, że będę miała problemy z dogadaniem się, znalezieniem noclegów. Tymczasem okazało się, że podróżowanie po Azji jest dziecinnie proste. Nie trzeba specjalnych zdolności organizacyjnych, żeby wszystko ogarnąć, a co najfajniejsze, większość podróży można zaplanować z dnia na dzień. A nawet jeśli coś pójdzie nie tak, to w najgorszym wypadku stracę trochę czasu lub pieniędzy, a przecież to jeszcze nie koniec świata.


8.  Nauczyłam się żyć ze zwierzętami

Jakkolwiek to głupio nie brzmi. Już nie budzę całego hotelu jak zobaczę jaszczurkę w mojej łazience, nie uciekam jak szalona przed myszą czy szczurami. Przyzwyczaiłam się też do tego, że na ulicach pałętają się bezpańskie psy i koty. W restauracji małpa może ukraść mi jedzenie, a w łóżku znajdę czasem jakieś mrówki, karalucha lub pająka. Na północy Wietnamu, a dokładniej w okolicach jeziora Ba Be, codziennie budzi mnie kogut, a drogą chodzą świnie i kury.

Welcome to Asia! ;)


Brak komentarzy